środa, 21 maja 2014

J'ai le vin mauvais

Tańczę radosny taniec mordu.
Podłoga pod moimi bosymi stopami jest zalana wodą, a może to łzy, a może krew. Jeśli krew to czyja, czy moja? Nie wiem. To siebie dziś morduję, tańczę swoją śmierć. Świat sypnął mi w oczy garść piasku i teraz łzawią, patrzy na mnie przez ramię szyderczo. A ja odchylam głowę do tyłu i śmieję się twardo, złośliwie zabiorę ze sobą mój ból i nikt go nie ujrzy. Tańczę mój ból. Miałam być silna i nie płakać, a przynajmniej nie z takiego powodu, miałam chociaż przed innymi udawać, że mam jakąś klasę – siebie samej już nie oszukam. Tańczę moją słabość.
On mówił, że to już na zawsze, że do śmierci. I gdzie teraz jest, gdzie on jest?
To, co mnie tak boli w środku, to tak naprawdę wcale nie część mnie, to nie jest żadne serce ani żadna duma. Czy mam jeszcze serce i dumę? To on mnie boli, bolą mnie słowa i obecność, boli mnie przekonanie, że jest moim przyjacielem, towarzyszem na zawsze, przekonanie, że zawsze mam się na kim oprzeć, by nie upaść. Wszystko to dał mi i przyjęło się pięknie, bez śladu szycia, stało się prawie tak moje jak ręka czy ucho.
A później stwierdził, że to wcale nie powinno być moje, więc wydarł bez znieczulenia, odebrał, a ja nie mogę nawet krzyczeć. Zaciskam więc zęby i łatam żywe mięso na kikucie nowo wyhodowanym gniewem. Tańczę mój gniew i moją niemiłość.
Świat wokół wiruje, moje stopy coraz częściej mylą krok. Jestem zmęczona, tak bardzo zmęczona – tańczę więc swoje zmęczenie. Podłoga jest mokra i śliska, czy to woda czy krew? Płynny, szkarłatny gniew. Wiruję w szkarłacie. Czy to wciąż ja czy zniknęłam już w tej wielkiej czerwieni?
Moje własne czerwone nieistnienie. Morduję dziś siebie, ale czy tylko? To nie moja krew, ja przecież wciąż tańczę. Co zrobiłam? Nie wiem.
Bosy taniec mordu, opowieść o stopach czerwonych od krwi, obłąkanych, szalonych rozpaczą. Wciąż się śmieję, przeraża mnie mój śmiech.
Otacza mnie tak wiele cudownej czerwieni, łapię ją w dłonie i w myśli. Wiruję w szalonym tańcu i buduję szkarłatne góry i stepy, zapełniam puste miejsca szkarłatnymi morzami i jeziorami. Wyrastają z jałowej ziemi szkarłatne kwiaty. Buduję świat bolesny, wyjmuję z siebie krew i rozpacz i tworzę miasto czerwieni. Świat zły i pusty zapełniam swoim śmiechem i wyciem szkarłatnych stworzeń. Żyją, widzę je i mogę ich dotknąć, one żyją zamiast niego, przecież to jego dziś zabiłam. Dziś? Czy czas nadal istnieje? Nie wiem, nie ma to znaczenia.
Śmiech, śmiech, czerwień, ból, szkarłatny pręgowany kot jak krwawa smuga przeciął biegiem ulicę mojego własnego świata.
Co będzie ze mną gdy obłęd minie?